Dawno u moich koni nie byłam więc wiedziałam że jazda nie będzie wspaniała.
Nie miałam pojęcia, że wyjdzie tak źle.
Pojechaliśmy razem z mamą, moim starszym bratem, jego dziewczyną i dzieckiem do stajni.
Konie ogarnęliśmy, mama wsiadła na Tosię, a ja prowadziłam Brzózkę na lonżownik.
Z młodą nie umiałyśmy się kompletnie dogadać, nie chciała iść ani w lewo ani w prawo.
A kiedy już brałam bat, ta stawała dęba.
Stwierdziłam że nie pozwolę żeby się ze mną bawiła i po prostu na nią wsiądę.
Wsiadłam, postępowałam. Pierwsze kroki galopu i już baranki strzela. Energii miała bardzo dużo, ale dałam jakoś radę.
Jak już wracałam, zmęczona, załamana..Brzózka zaczęła cwałować, skakać, płoszyć się, lecieć w las, wszystko co się da, w przeciągu 20 sekund na 200m.
Kocham jej głupi humorek, ale do czasu. Nie mam pojęcia czego się przestraszyła, no ale co ja mogę.
Koń jest zwierzęciem stadnym, płoszącym się, dzikim, więc to nie jest dziwne.
Zdjęcia są jakie są :
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz